Wielki Post 2010
Wielkopostne rozważania o przeżywaniu Eucharystii, świadomości litrugicznej posługujących i praktyczne rady, jak nie popaść w rutynę. Cykl sześciu artykułów Tomasza Adamskiego, co sześć dni, począwszy od 1 marca 2010 na stronach OL.


6. Rozesłanie PDF Drukuj Email

Istotne w dobrym rozumieniu Eucharystii jest uświadomienie sobie, iż nie tylko jakość modlitwy czy świadomość liturgiczna jest wyznacznikiem naszego przeżycia mszy świętej,  ale jest nią wszystko to, co dzieje się z nami po jej zakończeniu. Stwierdzenie, że rozesłanie jest końcem naszego spotkania z Chrystusem, jest równie nieuzasadnione i absurdalne jak nazwanie formuły rozgrzeszenia końcem nawrócenia, a formuły przysięgi – końcem małżeństwa.

Warunkiem dobrego przeżycia sakramentu pokuty i pojednania jest jego czasowe następstwo, czyli zadośćuczynienie. Eucharystia, jak każdy sakrament, również musi posiadać swoje następstwa - inaczej byłaby jedynie pustym symbolem, podobnym do tego opisanego przez Chrystusa mówiącego o obłudnikach (Mt 6,5). Wierni w trakcie mszy świętej słuchają Słowa Bożego, przyjmują Je, odpowiadają na Nie, są świadkami Przeistoczenia, następnie przyjmują Chrystusa do swojego serca. Nie istnieje teoria, która mogłaby usprawiedliwiać fakt, że po tych przeżyciach wychodzimy ze świątyni tacy, jacy do niej wchodziliśmy. Dla postrzegających Eucharystię jako szansę nawrócenia, rozesłanie jawi się jako forma wspomnianego w jednym z poprzednich rozważań ostatniego rozkazu Chrystusa. Ogólne Wprowadzenie do Mszału Rzymskiego definiuje rozesłanie jako: „odesłanie ludu (…), aby każdy wrócił do swoich dobrych czynów, wielbiąc i błogosławiąc Boga”.

Myślę, że w oczach Boga mniejsze znaczenie ma forma zewnętrzna Liturgii („mniejsze”, nie „żadne”) od tego, co w rzeczywistości jest w sercu człowieka. Właśnie te słowa (a raczej ciemnota współczesnych Chrystusowi) czyniły z Jezusa rewolucjonistę i bluźniercę w oczach faryzeuszy. Gdyby jednak było inaczej, niż mówił Chrystus, moglibyśmy zapomnieć o modlitwie w takiej wersji jaką znamy – własnymi słowami, indywidualną. Kontakt z Bogiem musiałby tym samym nieustannie podlegać z góry narzuconym schematom. Owszem, liturgia pełni w tym kontakcie kluczową rolę, lecz istotniejsza od jej formy jest jej treść. Nie oznacza to oczywiście, że świadomość liturgiczna i osobiste przeżywanie każdej chwili naszego eucharystycznego spotkania to nic nieznaczące elementy wiedzy czy emocji, które ono za sobą niesie. Zwyczajnie: wykładnią naszej modlitwy na Eucharystii jest nasze działanie w Kościele po wyjściu z… kościoła.

I temu służy rozesłanie. Fraza „Idźcie w Pokoju Chrystusa” ma służyć uświadomieniu nam, iż te proste gesty, odpowiedzi na wezwania kapłana czy sama obecność na Eucharystii jest z naszej strony deklaracją. Deklaracją chęci życia nauczaniem Chrystusa. Nie ulega wątpliwości, że życie nie ogranicza się do Liturgii. Dopiero po wyjściu ze świątyni następuje weryfikacja naszych wzniosłych z zasady obietnic składanych sobie i Chrystusowi.

Tymczasem nasza reakcja na chęć przyjścia Chrystusa do nas lub na Jego Słowa powołujące nas do pójścia za nim bywa przewrotna. Z reguły jesteśmy ewangelicznymi młodzieńcami - szukamy Boga, ale nie potrafimy zdobyć się na „rezygnację” z naszego bogactwa, które może przybrać nie tylko formę rzeczywistych pieniędzy (por. Mt 19,16-22). Naszym bogactwem są również talenty, które przecież sam Bóg nam powierzył, więc „rezygnację” z nich należy rozumieć nie jako ich zakopanie (por. Mt 25,14-30), ale wykorzystanie w sposób zgodny z Bożą Wolą. Dlatego czasami Boże Słowo jest Ziarnem, które zostało wydziobane przez innych bożków. Bożki mają to do siebie, że przyjęcie ich słów jest dużo łatwiejsze, poza tym ich poznanie nie wymaga wysiłku. Słowa działają także, rosnąc w skalistych sercach Jego słuchaczy, ale brak korzeni nie pozwala im trwale w nich panować. Słowa Chrystusa mogą być także Ziarnem, które niknie między cierniami innych dóbr, ponieważ z pozoru wygląda Ono mizernie wśród próżnej majestatyczności i pustego przepychu. Ale Słowa wydają prawdziwy plon rzucone na serca żyzne pragnieniem spotkania z Bogiem (por. Mt 13,1-23). Spotkania Go, poznania Jego Miłości i bezwarunkowego zaproszenia do naszego życia.

Słyszałem kiedyś opowieść o człowieku, który poprosił Chrystusa, by Ten zamieszkał w jego domu. Chrystus nie odmówił – spełnił prośbę człowieka, który wychodził z założenia, że sama obecność Boga w pobliżu polepszy jego życie, uchroni przed wszelkim nieszczęściem itp. Zaprosił Chrystusa na poddasze, ale zastrzegł, żeby nie schodził na parter, bo tam często przyjmuje się gości, a są oni niewierzący. Z tego powodu człowiek bał się niewygodnych pytań i ich zwyczajnego zdziwienia. Bóg się nie narzuca – pokornie wysłuchał i obiecał stosować się do zakazu gospodarza. Zmiany w życiu człowieka nie nastąpiły. W związku z tym człowiek zgodził się (oczywiście po uprzednim wyrzuceniu z siebie wszystkich pretensji), by Chrystus mógł wychodzić ze swojego pokoju, ale nadal pozostawił dla Boga miejsca, gdzie sobie Go nie życzy. Zasłaniając się jak zwykle dobrze rozumianą prywatnością, do której każdy z nas ma przecież zasadnicze prawo. Zmiany oczywiście nadal nie nastąpiły. Człowiek poddał się i poprosił Chrystusa, by Ten zwyczajnie się rozgościł. Dopiero wtedy wszystko zaczęło się zmieniać. Na lepsze.

W tej historii można znaleźć wiele analogii do naszego życia. Chrystusa można zaprosić, przyjmując go do naszego serca w postaci Najświętszego Sakramentu. I nie ulega wątpliwości, że Chrystus przyjdzie. Ale nie dokona zmian w naszym życiu, jeżeli wyznaczymy mu sfery, w których może działać i te, od których ma trzymać się z daleka w myśl zasady głupiej: „Panu Bogu świeczka, a diabłu ogarek”. Dopiero pełna, czyli bezwarunkowa zgoda na działanie Chrystusa, przyjęcie Jego Słów w myśl zasady mądrej: „Bądź Wola Twoja, jako w niebie tak i na ziemi” pozwala Panu zadziałać tak, jak On chce. A Pan Bóg chce wyłącznie naszego dobra, czasami takiego, którego nie jesteśmy w stanie sobie wyobrazić, a tym bardziej o nie poprosić. Chrystus wie lepiej – to zasada, która pozwala nam nie wyznaczać granic Najwyższemu.

Liturgia niewątpliwie zbliża do Chrystusa. Pytanie tylko czy sama chwilowa i fizyczna bliskość jest celem, czy jest nią także późniejsza wierność – bliskość duchowa, trwała. Apostołowie byli bardzo blisko Jezusa w Gethsemani („oddalił się od nich na odległość jakby rzutu kamieniem” Łk 22,41), ale przespali to, co było naprawdę ważne. Nie deprecjonuję wartości Eucharystii. Wręcz przeciwnie - nie mogę nie uznać Jej zbawczego wpływu na wszystkich wiernych. Zwyczajnie zachęcam do zastanowienia się nad zasadnością używania słów, gestów i wszystkiego, czego wymaga od nas Liturgia. Bo nie ma żadnego znaczenia przekazany w kościele sąsiadowi znak pokoju, jeżeli po wyjściu ze świątyni będziemy uznawać go w Kościele za naszego wroga.

Kończąc, chciałbym życzyć wszystkim i sobie również, byśmy przy okazji zbliżających się Świąt Zmartwychwstania Pańskiego prawdziwie uświadomili sobie, że wszyscy zostaliśmy powołani do świętości i że nie jest ona jedynie górnolotnym i przy tym całkowicie nieosiągalnym przywilejem, ale obowiązkiem, długiem wobec samego Chrystusa. I aby pierwszym krokiem do jej osiągnięcia było prawdziwe przeżycie Eucharystii.

Bo drogi Pańskie są proste: kroczą nimi sprawiedliwi, lecz potykają się na nich grzesznicy. (Oz 14,10b)


STRONA GŁÓWNA REKOLEKCJI: [ PRZEJDŹ ]
1. ZNAK KRZYŻA [ PRZEJDŹ ]
2. KOLEKTA [ PRZEJDŹ ]
3. EWANGELIA [ PRZEJDŹ ]
4. AKT POKORY [ PRZEJDŹ ]
5. DZIĘKCZYNIENIE [ PRZEJDŹ ]

 

Wielkopostne rozważania publikujemy co 6 dni, począwszy od 1 marca. Ich autor - Tomasz Adamski - jest studentem italianistyki UŚ i animatorem Liturgicznej Służby Ołtarza. Od początku 2009 roku pełni posługę ceremoniarza w parafii Podwyższenia Krzyża św. i św. Herberta w Katowicach - Os. Witosa; entuzjasta liturgii, szczególnie Wielkiego Postu. Prywatnie miłośnik dobrej literatury, muzyki gitarowej i męskich sportów.


 
5. Dziękczynienie PDF Drukuj Email
I stało się. Chrystus przyszedł do nas. Niezależnie od naszej wiary. Przyjęliśmy go do naszego serca. Niezależnie od naszej godności. Ale uznanie, że to koniec naszej komunii świętej jest najgorszym z możliwych w tej sytuacji błędów. Bo fakt, że przyszedł jest dowodem na to, że chce być wśród nas. W tej chwili musimy udowodnić, że my także nie pragniemy niczego innego.

Jeśli przyjęliśmy konsekrowaną hostię, to Chrystus przyszedł do naszego serca niezależnie od tego, co z tym później zrobimy. Nie sama nasza wiara, ale Jego niezgłębiona miłość daje nam szansę bycia zbawionym. Jeśli nie uznajemy tej prawdy, przypisując sobie jakąkolwiek zasługę w tej materii – dalsza lektura tego tekstu jest bezsensowna.

Nie wyście Mnie wybrali, ale Ja was wybrałem (J 15,16) - to jeden z ogromnego zbioru wersetów biblijnych, traktujących o powyższej prawdzie. W podobnym tonie wypowiada się św. Paweł: Albowiem nie od wypełnienia Prawa została uzależniona obietnica (…), ale od usprawiedliwienia z wiary. (Rz 4, 13). I chociaż ten werset dotyczy trochę innej sprawy, to wszystkie Boże obietnice mają jedną wspólną cechę: zawsze zostają dotrzymane. Nasze z natury niewdzięczne serca często bywają na tego typu aksjomaty obojętne, żeby nie napisać: nieczułe. Do mnie jednak najmocniej przemawia inny fragment Pisma.

Piszę mianowicie o pewnym fragmencie Ewangelii (Łk 17,11-19), w którym Chrystus wędrując przez Samarię i Galileę spełnia prośbę dziesięciu trędowatych. Przywraca im zdrowie w ujmująco naturalny sposób. Nie używa przy tym wielkich magicznych zaklęć, nie przyzywa żywiołów, nie ma na twarzy ogromnego napięcia, będącego wyrazem wielkiego wysiłku, a jedynie niezauważalną modlitwą i współczuciem dla ułomności ludzkiej natury uzdrawia, a w wypadku trądu wręcz przywraca życie. I nie byłoby w tym nic dziwnego, bo jako chrześcijanie wierzymy w cuda i Boską Wszechmoc, ale jest w tej opowieści coś, co czyni ją wyjątkową - reakcja trędowatych. Pan Bóg nakazuje dziesięciu pójść do kapłanów, by mogli się im pokazać - uzdrowieni. Nie wiemy czy to polecenie zostało wykonane, należy się jednak spodziewać, że niekoniecznie. Nie to jest jednak przedmiotem naszych rozmyślań, a zachowanie jednego z uzdrowionych. Ten, zobaczywszy, że jest zdrowy zawrócił z drogi, by upaść przed Jezusem i podziękować. Tylko on z całej dziesiątki! Cała historia pokazuje ludzką tendencję do zapominania o dziękczynieniu za łaski, które otrzymujemy.

Nie wiemy, co stało się z pozostałą częścią uzdrowionych. Spodziewamy się, że mimo swojej niewdzięczności Pan Bóg zachował ich przy zdrowiu, które odzyskali dzięki Niemu. Wszystko to pokazuje fenomen, który stojąc w prawdzie musimy nazwać kontrastem między Bożą miłością a naszą reakcją. I nie jest to sprawa niezgłębionego Boskiego Miłosierdzia (Miłosierdzie Boże ponad wszystkie dzieła Jego; por. Ps 144,9), którego nie pojmie ludzki rozum, serce czy nerki (Żydzi umiejscawiali w nich sumienie tak, jak my, żyjący współcześnie, miłość umiejscawiamy w sercach), a wspomnianej wyżej ludzkiej tendencji do traktowania tematu dziękczynienia po macoszemu.

Być może twardy kark nie pozwala nam na uznanie czyjejś zasługi - to sytuacja z życia codziennego. Oczywiście jest to wada, ale staje się błahostką o wiele mniej absurdalną w zestawieniu z faktem, że nie potrafimy, a czasami nawet nie próbujemy, podziękować Bogu. Nie potrafimy, mimo, iż niejednokrotnie czynił to sam Jezus, na przykład przy wskrzeszeniu Łazarza, dając nam tym samym wzór do naśladowania (Ojcze, dziękuję Ci, żeś mnie wysłuchał; J 11,41). Dlaczego więc tak trudno zdobyć nam się na te kilka wdzięcznych myśli skierowanych ku Najwyższemu? Jeśli nie odczuwamy wdzięczności za możliwość uczestniczenia we mszy świętej przez całą Eucharystię to ten jeden moment, jakim jest chwila cichej adoracji Chrystusa, który właśnie przyszedł do naszego serca, stanowi ogromną szansę na zrekompensowanie poprzednich niedociągnięć. Oczywiście posługujący mogą napotkać pewne trudności czysto techniczne, związane z pełnionymi przez siebie funkcjami, ale nikt nie może naiwnie uznać, że służba sama w sobie jest wystarczającą formą podziękowania. Uklęknąć można przecież także w zakrystii czy już w domu, jeżeli wymaga tego sytuacja.

Dobrą propozycją jest modlitwa dziękczynna św. Tomasza z Akwinu. Doskonale oddaje sens przyjęcia Ciała i Krwi Chrystusa. Przy okazji jest swoistym rozmyślaniem nad uczestnictwem w Eucharystii, więc jeżeli ktoś nie odczuwa wdzięczności, przeżywa kryzys lub z jakichkolwiek innych powodów ma problem z podziękowaniem Bogu za otrzymaną łaskę, być może te słowa i późniejsze rozmyślanie, które niosą ze sobą spowodują w nim wewnętrzną przemianę. Dodatkowym jej atutem jest to, że bardzo łatwo znaleźć ją we wszelkich źródłach, a w większości zakrystii, które odwiedziłem miała ona szczególne miejsce nad klęcznikiem przygotowanym dla kapłanów chcących złożyć Bogu dziękczynienie. Oczywiście takich i innych, krótszych i dłuższych, prostszych i trudniejszych modlitw jest sporo. Zresztą prawo do ułożenia sobie własnej modlitwy, choćby prostego aktu strzelistego, zawsze pozostaje prawem chrześcijanina, z którego korzysta coraz mniejsza – niestety! – część wiernych.

Trudno jednak wymagać wdzięczności, jeśli czujemy zawód przyjmując Ciało Chrystusa. Jest to sytuacja marginalna, ale możliwa, niestety. Jeżeli spodziewamy się, że przyjęciu komunii św. będą towarzyszyć trzęsienia ziemi, błyskawice, grzmoty i anielskie śpiewy, to możemy się rozczarować. Takie znaki nie będą towarzyszyć naszemu uczestnictwu w Eucharystii, chyba, że zostaniemy zbawieni – wtedy na tej „niewysłowionej uczcie” (cytat ze wspomnianej wyżej modlitwy św. Tomasza), przynajmniej co do anielskich chórów, spełnią się nasze oczekiwania. Tymczasem podczas naszego ziemskiego życia Chrystus zadziała tak, jak przy spotkaniu z trędowatymi - cicho i pokornie, ale z ogromnym współczuciem. Będzie tym, który uzdrowi nas i przywróci nam życie.

„Zechciej przyjąć moje milczenie i naucz mnie życiem dziękować”- to fragment jednej z pieśni eucharystycznych, znanej w większości wypadków już od czasu przygotowywania się do pierwszej Komunii św. Żadne słowa nie zastąpią prawdziwie dobrych uczynków, które są dla Boga piękniejszym darem, niż wyuczone formułki. Ale pytanie brzmi: czy bez odpowiedniego przyjęcia Chrystusa jesteśmy w stanie nauczyć się dziękować Bogu swoim życiem? Pozostanie przez chwilę sam na sam ze swoją odpowiedzią stanowi dobry temat niedzielnego rozmyślania.


Modlitwa św. Tomasza z Akwinu

Dzięki Ci składam, Panie Ojcze święty, wszechmogący, wieczny Boże, za to, żeś mnie grzesznika, niegodnego sługę swojego, bez żadnej mojej zasługi, a jedynie z Twego miłosierdzia posilić raczył najdroższym Ciałem i Krwią Twojego Syna, naszego Pana Jezusa Chrystusa. Proszę Cię, niech ta Komunia święta nie stanie się dla mnie wyrokiem potępienia, ale niech będzie dla mnie zbawiennym zadatkiem Twojego przebaczenia, zbroją mojej wiary i puklerzem dobrej woli. Niech mnie ona uwolni od mych występków, wyniszczy we mnie pożądliwość i zmysłowość, a wzmocni miłość i cierpliwość, pokorę, posłuszeństwo i wszystkie cnoty. Niech mi będzie mocną obroną przeciw zasadzkom nieprzyjaciół tak widzialnych, jak niewidzialnych. Niech całkowicie uspokoi we mnie poruszenia cielesne i duchowe. Niech przez nią mocno przylgnę do Ciebie, jedynego, prawdziwego Boga. Niech wreszcie będzie szczęśliwym zakończeniem mojego życia. Proszę Cię także, abyś mnie grzesznika raczył doprowadzić do tej niewymownej uczty, na której z Twoim Synem i Duchem Świętym jesteś dla swoich wybranych prawdziwą światłością, całkowitym nasyceniem, wiekuistym weselem, pełnią szczęścia i radością doskonałą. Amen.

STRONA GŁÓWNA REKOLEKCJI: [ PRZEJDŹ ]
1. ZNAK KRZYŻA [ PRZEJDŹ ]
2. KOLEKTA [ PRZEJDŹ ]
3. EWANGELIA [ PRZEJDŹ ]
4. AKT POKORY [ PRZEJDŹ ]
6. ROZESŁANIE [ PRZEJDŹ ]

 

Wielkopostne rozważania publikujemy co 6 dni, począwszy od 1 marca. Ich autor - Tomasz Adamski - jest studentem italianistyki UŚ i animatorem Liturgicznej Służby Ołtarza. Od początku 2009 roku pełni posługę ceremoniarza w parafii Podwyższenia Krzyża św. i św. Herberta w Katowicach - Os. Witosa; entuzjasta liturgii, szczególnie Wielkiego Postu. Prywatnie miłośnik dobrej literatury, muzyki gitarowej i męskich sportów.

 
4. Akt pokory PDF Drukuj Email
Prefacja, anamneza, epikleza, doksologia - sposób przeżycia, w opozycji do „wysłuchania”, wszystkich tych części, jest indywidualną sprawą każdego wiernego. Nawet gdyby miało się to wiązać z powtarzaniem szeptem słów wypowiadanych przez kapłana. Dużo trudniej jest, gdy dochodzimy do sytuacji, w której musimy albo świadomie odpowiedzieć, albo sami z siebie zwierzyć się Panu Bogu. Taki właśnie charakter ma przeistoczenie i następujący bezpośrednio przed Komunią Świętą akt pokory.

Mowa tu o fragmencie z ósmego rozdziału Ewangelii według świętego Mateusza, traktującym o spotkaniu Jezusa z setnikiem i wierze tego drugiego. Sługa setnika leżał sparaliżowany w domu, a jego pan przyszedł do Jezusa z prośbą o uzdrowienie. Jezus zgodził się, ale kiedy chciał do niego przyjść, setnik sam z siebie uznał się za niegodnego takich odwiedzin. Poprosił go tylko o słowo, które było dla niego gwarancją  uzdrowienia sługi. Jezus zdziwiony (tak określa ten stan Ewangelista) nazwał go najsilniej wierzącym  ze wszystkich, których spotkał w całym Izraelu. I spełnił jego prośbę. Na pamiątkę tych słów podczas każdej mszy świętej wypowiadamy frazę bardzo podobną: Panie nie jestem godzien, abyś przyszedł do mnie, ale powiedz tylko słowo, a będzie uzdrowiona dusza moja (Mt 8,8). I w tym jednym zdaniu zawiera się cały sens naszego uczestnictwa w Eucharystii.

Zdziwić Pana Boga swoją wiarą- z jednej strony wręcz herezja, z drugiej chyba marzenie każdego wiernego, wziąwszy pod uwagę powyższą historię. Jak Wszechwiedzący może być zdziwiony? Przed rozstrzyganiem nierozstrzygniętego ostrzegał już Syrach: Nie szukaj tego, co jest zbyt ciężkie, ani nie badaj tego, co jest zbyt trudne dla ciebie. Nie trudź się niepotrzebnie nad tym, co siły twoje przechodzi- więcej, niż zniesie rozum ludzki, zostało ci objawione. Wielu bowiem domysły ich w błąd wprowadziły i o złe przypuszczenia potknęły się ich rozumy. (Syr 3, 21,23-25). Bo szukając odpowiedzi na pytanie jak?, tracimy sens pytania dlaczego? Jezus powiedział, że dotychczas nie spotkał nikogo, kto wierzyłby w Jego moc tak bardzo, jak setnik. Jego zdziwienie prawdopodobnie potęgowała świadomość, że przychodzi do Niego człowiek, który ma ogromną władzę i nie zwykł prosić, uznawać się za niegodnego. I tutaj znajdujemy punkty styczne między nim, a nami.

Nam przecież też dano władzę - jesteśmy animatorami, ceremoniarzami, dowodzącymi grupami formacyjnymi. Każdy z nas może o sobie powiedzieć: mówię temu: Idź! - a idzie; drugiemu: Chodź tu! - a przychodzi; a słudze: Zrób to! - a robi. (Mt 8, 9a). Zatem ja - niegodny?! Wolne żarty! Przecież jestem w kościele więcej niż raz w tygodniu, w niedzielę. Ponadto zawsze czytam, śpiewam, podejmuję się innych funkcji i to tych, które wymagają największej wiedzy, wyczucia, intuicji i doświadczenia. Moje życie religijne nie ogranicza się tylko do służby w kościele, modlę się także we własnym zakresie. Ponadto Pan Bóg mnie wybrał, bym mu służył. A więc dlaczego?

Odpowiedź wydaje się prosta. Nikt nie zasłużył na to, by odwiedził go sam Bóg. Od chwili pierwszego naszego grzechu On mógłby się nas wyrzec. A jednak całe Pismo Święte jest jednym wielkim listem miłosnym Boga do człowieka; Boga, który nigdy nie zaprzestaje starać się o swoje dzieło. Setnik szukał Jezusa, aby mu powiedzieć o chorobie swojego sługi. Nie znalazłby go jednak, a nawet nie wpadłby na pomysł rozpoczęcia poszukiwań, gdyby Jezus nie przyjął postaci sługi, stawszy się podobnym do ludzi. (por. Flp 2, 7). Dał mu zatem szansę uzdrowienia, jeśli tylko zacznie Go szukać. Bo tylko wtedy Go odnajdzie (Szukajcie, a znajdziecie; kołaczcie, a otworzą wam - Łk 11, 9b). Podobną szansę Chrystus daje nam.

W tym rozumieniu cały sens Eucharystii zawiera się w tej jednej chwili.  To najbardziej bezpośrednie nawiązanie do Ostatniej Wieczerzy, kiedy to Chrystus nakazał nam spożywać swoje Ciało i Krew, stanowi drogę do osiągnięcia celu i jest celem zarazem. Jest środkiem do osiągnięcia celu, jakim jest zbawienie, ponieważ umacnia nas w drodze do Pana Boga i pomaga nam postępować według Jego Woli (Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię - Mt 11, 28). W ten sposób pełne uczestnictwo w Eucharystii stanowi pierwszy krok do prawdziwego nawrócenia. Komunia święta jest także celem samym w sobie, ponieważ właśnie spożywanie Najświętszego Ciała w postaci Hostii - zjednoczenie z Chrystusem - jest nazywane pełnym uczestnictwem w Eucharystii. Jest to zaszczyt, do którego trzeba dojrzeć - nie bez powodu Pierwsza Komunia Święta następuje zwyczajowo na długo po chrzcie świętym. Czas ten jest różny w poszczególnych krajach, ale generalnie różnica wynosi około ośmiu lat. Jest to czas straszliwej katorgi dla dziecka, które tego zaszczytu chce dostąpić jak najszybciej. Ich tęsknota do Pana Boga jest godna pozazdroszczenia. Zwróćmy uwagę, jak często odwlekamy spowiedź, a co za tym idzie pełne uczestnictwo w Eucharystii żałośnie zasłaniając się przy tym brakiem czasu. Ale co tam. Najważniejsze, że jesteśmy wybrani.

Nie tędy droga, by zdziwić Boga naszą wiarą. Ateiści oraz agnostycy (bardzo mądre słowo, będące głównie dla nich samych intelektualnym usprawiedliwieniem niedzielnego lenistwa) zazdroszczą wierzącym jednej bardzo istotnej rzeczy. Co prawda dają temu wyraz głównie przypisując chrześcijanom funkcję ciemnogrodu, niemyślącego pospólstwa, ale w rzeczywistości są zazdrośni o naszą wiarę w to, że ten mały, okrągły,  biały i kruchy z natury opłatek jest prawdziwym ciałem Chrystusa. Zazdroszczą nam, ponieważ my dostąpiliśmy tego zaszczytu wiary, którą oni namiętnie deprecjonują. I to jest szansa, odpowiadająca tej, którą Chrystus dał setnikowi.

Pan Bóg pozwala nam się znaleźć, chociaż nie musimy biegać w tym celu po całym mieście jak setnik. Uzdrawia nas, chociaż wcale o to nie prosimy, uważając się za  w pełni zdrowych jak setnik, który chorobę postrzegał jedynie jako niemoc swojego sługi. Przychodzi do nas, choć czasami nasze serca nie są gotowe na Jego przyjęcie tak, jak dom setnika. Pan Bóg nie może być bliżej nas, jednocześnie nie narzucając się. Czeka, aż my zapragniemy być bliżej. Ale my, kiedy prawdziwie jest na wyciągnięcie ręki, wolimy oglądać własną twarz odbitą w patenie, niźli wielbić i wpatrywać się w Tego, którego przyjście uzdrowi naszą duszę.

STRONA GŁÓWNA REKOLEKCJI: [ PRZEJDŹ ]
1. ZNAK KRZYŻA [ PRZEJDŹ ]
2. KOLEKTA [ PRZEJDŹ ]
3. EWANGELIA [ PRZEJDŹ ]
5. DZIĘKCZYNIENIE [ PRZEJDŹ ]
6. ROZESŁANIE [ PRZEJDŹ ]

 

Wielkopostne rozważania publikujemy co 6 dni, począwszy od 1 marca. Ich autor - Tomasz Adamski - jest studentem italianistyki UŚ i animatorem Liturgicznej Służby Ołtarza. Od początku 2009 roku pełni posługę ceremoniarza w parafii Podwyższenia Krzyża św. i św. Herberta w Katowicach - Os. Witosa; entuzjasta liturgii, szczególnie Wielkiego Postu. Prywatnie miłośnik dobrej literatury, muzyki gitarowej i męskich sportów.

 
3. Ewangelia PDF Drukuj Email
Punktem kulminacyjnym każdej Liturgii Słowa jest odczytanie Ewangelii. Poprzedzona odpowiednią ilością czytań i psalmów responsoryjnych, wprowadza nas w tajemnicę Odkupienia, relacjonując przy tym autentyczne zdarzenia sprzed dwóch tysięcy lat. Przygotowanie jest ważne przed każdą lekcją, czyli nauką. Bo Ewangelia jako lekcja o tyle jest podobna do innych nauk, o ile odbyta rzetelnie pogłębia wiedzę, nierzetelnie – nieświadomość niewiedzy.

Takie przygotowanie odbywa każdy, kto czynnie uczestniczy w odczytywaniu Ewangelii podczas Liturgii Słowa. Już od starożytności funkcja głoszenia Ewangelii w Zgromadzeniu zarezerwowana jest dla diakonów i kapłanów, którzy przecież nie podchodzą do ambony „z marszu” (nawet jeśli czasem odnosimy inne wrażenie), ale wykonują pewne obrzędy, mające na celu uczynienie ich godnymi głoszenia Dobrej Nowiny. Nie widzę powodu, dla którego posługujący nie miałby w podobny sposób prosić Pana, by uczynił go godnym Jej słuchania.

Powstaje pytanie: kto jest godzien słuchać Słowa? Wszyscy ci, którzy odpowiedzieli na wezwanie Pana (Błogosławieni, którzy zostali wezwani na Jego ucztę; Ap 19,9)? Moim skromnym zdaniem godny jest ten, który już przed Ewangelią jest gotowy na Jej przyjęcie. A nie jest to proste, bo przecież nikt nie wynalazł patentu na to, jak wybrać Dobrą Nowinę spośród wszelkich innych dróg. Już współcześni Chrystusowi mówili: Trudna jest ta mowa, któż jej może słuchać? (J 6, 60b). Miłość Jezusa objawia się w tym, że wychodzi on właśnie do niegodnych oraz biblijnych prostaczków, am haarec (hebr. proch ziemi), jak się ich wtedy zwykło nazywać. Jezus rozmawiał i spożywał posiłki z celnikami oraz grzesznikami, a na zarzuty odpowiadał: Nie potrzebują lekarza zdrowi, ale ci, którzy się źle mają. Nie przyszedłem wezwać do nawrócenia sprawiedliwych, lecz grzeszników (Łk 5, 31b). W ten sposób każdy z nas został wybrany, by słuchać i rozgłaszać. Zadaniem odpowiedzialnego posługującego jest zatem szczera odpowiedź na Chrystusowe wezwanie.

Duży problem stanowi wciąż pokutująca w nas definicja modlitwy jako „mówienia” czy ewentualnie „rozmowy z Bogiem”. A dlaczego nie nazwać modlitwy „wsłuchiwaniem się w Boga”, co jest nie tyle sformułowaniem rewolucyjnym (używało się go już dawno temu), lecz chyba po prostu niemodnym? Ewangelia różni się od innych czytań biblijnych nie tylko swoim szczególnym miejscem w liturgii. Jest to prawdziwy zapis wszystkich dzieł Chrystusa sporządzony przez Jego uczniów. Nie są to zatem kilkurozdziałowe objaśnienia Pisma, rozważania teologiczno-filozoficzne, jakie widzimy szczególnie w listach św. Pawła; te, chociaż w rzeczywistości niezbędne dla wszystkich chrześcijan, Chrystus zostawił właśnie Pawłowi i swoim uczniom. Ewangelia traktuje o życiu codziennym Jezusa – Jego reakcjach na wiele sytuacji, które Go spotkały, a które i nas nie omijają. W Wielkim Poście można jako przykład przypomnieć to, co działo się przez 40 dni na pustyni tuż po chrzcie w Jordanie. Jeżeli szatan kusił Syna Bożego, to dlaczego miałby oszczędzać Jego wyznawców? Kto z nas właśnie w tej chwili nie przeżywa swojego kuszenia?

Wracając do przygotowania: każdy kapłan odmawia modlitwę przygotowującą. Fakt, że nie jest ona tak zewnętrznie widoczna, jak w sytuacji diakona, który musi otrzymać błogosławieństwo, wcale nie oznacza, że się nie odbywa. Zachowała się ponadto tradycja, że prezbiter prosi o takie błogosławieństwo biskupa. Wierni także mają obowiązek przygotować się przed Ewangelią. Pierwsza część tych przygotowań to poprzedzające Ją elementy Liturgii Słowa. Jest ono stanowione, czyli narzucone nam przez porządek mszy świętej. Reszta zależy już od indywidualnej wrażliwości każdego. W wypadku Ewangelii znamienny jest potrójny znak krzyża, czyniony na czole, ustach i sercu. Każdy wierny wykonuje ten gest, ale nie zawsze świadomie. Znak krzyża czyniony na czole mówi o naszym pragnieniu zapamiętania Słowa. Im lepiej się z nim zapoznamy, tym łatwiej będzie nam znaleźć ewangeliczną odpowiedź w naszym życiu. Kolejny znak czynimy na ustach – tym sposobem zobowiązujemy się (wszyscy wierni, nie tylko posługujący) do głoszenia tego, co usłyszeliśmy, co przyjęliśmy, w co uwierzyliśmy i co jest podstawą naszej wiary. Znak czyniony na sercu jest przysięgą życia Słowem, którym jest Ewangelia – zachowania go i stosowania się do niego.

Podczas czynienia jakichkolwiek znaków w Liturgii istotne jest, by powtarzać sobie, przypominać lub dopiero sobie uświadamiać ich symbolikę. Nie inaczej jest z powyżej wspomnianym. Można to robić na wszelkie możliwe sposoby, choćby poprzez szeptanie własnej modlitwy – prośby o to, by być wiernym Słowu, które za chwilę usłyszymy. Można prosić o wstawiennictwo świętych patronów, Maryję… Można modlić się o światło Ducha Świętego. Dopóki nie będzie to modlitwa trwająca dłużej niż sama Ewangelia i dopóki jej powodem będzie prawdziwa chęć wypełniania Bożej woli, możemy modlić się tak, jak tylko uznajemy to za stosowne. Św. Augustyn powiedział: „Kochaj i rób co chcesz” i chociaż dzisiejszy świat lubi to zdanie przekształcać według własnego upodobania, nie sposób odmówić mądrości świętemu.

Swoją drogą, nie jest błędem przeczytanie Ewangelii jeszcze przed Eucharystią. Posługujący w Liturgii Słowa przygotowują się do czytań wcześniej, ćwicząc i poznając ich treść. Podobnie każdy z nas może zajrzeć do lekcjonarza, prasy katolickiej czy chociażby na odpowiednie strony www i już wcześniej przemyśleć, czego Ewangelia dotyczy, jaka jest wola Boża i odnieść to do swojego życia. W trakcie mszy świętej wszystko może nas rozproszyć, a jeśli mamy problem ze skupieniem się, może to jest rozwiązanie? Niczego w ten sposób nie tracimy, a zapewniając sobie w domowym zaciszu odpowiednie warunki do przygotowania się, możemy ubogacić swój udział w Eucharystii. Należy jednak uważać, byśmy nie ulegli pokusie odpoczywania w trakcie Ewangelii – podczas mszy św. możemy zawsze zwrócić uwagę na inne fragmenty Pisma. Nie mniej ważne, ale może mniej oczywiste?

Chrystus proponuje gotowe rozwiązania, odpowiedzi na wiele pytań i wątpliwości współczesnego człowieka. Że nie są one łatwe do znalezienia, a później do wprowadzenia w życie – wiedzą wszyscy. Być może stąd bierze się zwątpienie w aktualność Ewangelii. Wypada jedynie modlić się, by mimo zwątpienia uwierzyć i zaufać. O tym, że warto, zapewnia nas Księga Apokalipsy: Bądź wierny aż do śmierci, a dam ci wieniec życia (Ap 2,10c).

STRONA GŁÓWNA REKOLEKCJI: [ PRZEJDŹ ]
1. ZNAK KRZYŻA [ PRZEJDŹ ]
2. KOLEKTA [ PRZEJDŹ ]
4. AKT POKORY [ PRZEJDŹ ]
5. DZIĘKCZYNIENIE [ PRZEJDŹ ]
6. ROZESŁANIE [ PRZEJDŹ ]


Wielkopostne rozważania publikujemy co 6 dni, począwszy od 1 marca. Ich autor - Tomasz Adamski - jest studentem italianistyki UŚ i animatorem Liturgicznej Służby Ołtarza. Od początku 2009 roku pełni posługę ceremoniarza w parafii Podwyższenia Krzyża św. i św. Herberta w Katowicach - Os. Witosa; entuzjasta liturgii, szczególnie Wielkiego Postu. Prywatnie miłośnik dobrej literatury, muzyki gitarowej i męskich sportów.

 
2. Kolekta PDF Drukuj Email
Kolekta... To fragment Mszy Świętej z reguły niedoceniany, odstawiany na boczny tor. Prawdopodobnie dzieje się tak dlatego, że następuje ona po modlitwach (Kyrie, Gloria), wymagających większego zaangażowania od uczestników Liturgii niż ona sama, w której odpowiada się jedynie Amen. Nie sposób być maksymalnie skoncentrowanym przez cały czas trwania Eucharystii i być może z tego powodu niektórzy wierni uważają oratio za błogosławioną chwilę wytchnienia. Nic bardziej mylnego! Kolekta, jako punkt przypadający na ostatnie chwile przed rozpoczęciem Liturgii Słowa, stanowi doskonałą okazję do modlitwy, szczególnie dla posługującego lektora lub psałterzysty (kantora psalmu).

Ministrantowi dopiero co zaczynającemu swoją służbę bardzo ciężko wytłumaczyć wielki zaszczyt, jakiego dostępuje, gdy przynosi kielich z ampułkami na ołtarz lub pełni w Zgromadzeniu jakąkolwiek inną rolę. Z doświadczenia wiem, że najmłodsi podchodzą do Eucharystii w sposób bardzo techniczny. Zapamiętują konkretne momenty i z tego powodu ich uczestniczenie we Mszy Świętej opiera się często na wyczekiwaniu, żeby w odpowiednim momencie zareagować na wezwanie celebransa czy też niewerbalny sygnał ceremoniarza. Można się zżymać, że ich zachowanie jest niegodne, nieprofesjonalne, ale czasami z perspektywy prezbiterium, zazdroszczę swoim podopiecznym ich rodzaju modlitwy. Sam Chrystus powiedział: Pozwólcie dzieciom przychodzić do Mnie, nie przeszkadzajcie im; do takich bowiem należy królestwo Boże. (Mk 10, 14) Przynoszone do Niego dzieci z pewnością nie były świadome tego co dzieje się wokół. Co najwyżej były zaaferowane, jak każde niemowlę (bo tak określa je św. Łukasz Ewangelista), gdy dzieje się coś, czego nie znają. I w przeciwieństwie do swoich rodziców nie oddawały Bogu czci słowem lub gestem ani też o nic nie prosiły, a były po prostu ufne, może naiwne (w dobrym tego słowa znaczeniu). Brak wyrachowania jest tym, czego od najmłodszych w liturgii można się uczyć.

Z każdą Mszą Świętą świadomość liturgiczna wzrasta. Oczywiście najczęściej zatrzymuje się ona na pewnym etapie, ale nie sposób zaprzeczyć, iż doświadczony posługujący dużo mocniej czuje ciążącą na nim odpowiedzialność za Liturgię. Oczywiście, nawet gdy wszystko wymknie się spod kontroli i Liturgiczna Służba Ołtarza przestanie funkcjonować w przewidywalny (a tym samym: prawidłowy) sposób, Pan Bóg wciąż będzie obecny; choć wydaje się to być oczywistością, warto o tym pamiętać! Nie dlatego, by nie przecenić roli Liturgii, bo jest to praktycznie niemożliwe. Dlatego, by nie przecenić swojej roli, o co już łatwiej.

Oczywiście każdy z nas zna ten specyficzny strach towarzyszący zbliżaniu się do ambony. Nie ujmując niczego Liturgii Słowa, Jej wzniosłości, duchowemu bogactwu, stanowi ona rodzaj wystąpienia publicznego, do którego nie każdy ma talent i odpowiednie predyspozycje. Nawiasem mówiąc, takiego talentu nie mieli także Mojżesz czy Izajasz. To prawda, że nie tak bowiem człowiek widzi jak widzi Bóg (1 Sm 16,7), trudno jednak wymagać, byśmy przestali przywiązywać wagę do swojej dykcji i bezkrytycznie podchodzili do naszych umiejętności. Ministranci składają przecież przysięgę radosnej służby nie tylko Bogu, ale i ludziom. Nie możemy zatem całkowicie odciąć się od przyziemnego zagadnienia zwykłej ludzkiej estetyki, której reguł zachowanie jest najzwyczajniej w świecie niezbędne. Tym bardziej, że jak czytamy w Konstytucji o Liturgii: „Liturgia ziemska daje nam niejako przedsmak uczestnictwa w Liturgii niebieskiej” (KL 8).

Ktoś zapyta: jaką rolę w tym wszystkim pełni kolekta?

Naprawdę nikt z nas nie jest godny czytać Bożego Słowa publicznie. Obiektywnie patrząc, każdy z nas jest hipokrytą, bo głosi Słowo, z którego przestrzeganiem często sam ma problemy. Są czytania, przy których ciężko nawet zachować wiarygodność. Szczególnie dotyczy to tekstów  trudnych, filozoficznych (np. listy św. Pawła)  lub traktujących o rzeczach absolutnych, opowiadających o prawdach niepojmowalnych przez człowieka. Mnie osobiście taką trudność zawsze sprawia Hymn Eschatologiczny czytany m.in. w wigilię Uroczystości Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny: Kiedy już to, co zniszczalne, przyodzieje się w niezniszczalność, a to, co śmiertelne, przyodzieje się w nieśmiertelność, wtedy sprawdzą się słowa, które zostały napisane: Zwycięstwo pochłonęło śmierć (1 Kor 15, 54); bardzo ciężkie jest także wiarygodne odczytanie fragmentów Apokalipsy, a takich wersetów w Piśmie Świętym jest wiele. A jednak czasami musimy stanąć przed tym ciężkim zadaniem. Dobrym momentem na uświadomienie sobie swojej niegodności jest właśnie kolekta, przed którą „wszyscy razem z kapłanem zachowują chwilę milczenia, aby sobie uświadomić, że stoją w obliczu Boga i wyrazić w sercu swoje prośby” (OWMR 54). A jakie prośby może mieć posługujący jeśli nie te, by Najwyższy pobłogosławił jego ustom, które – choć niegodne – zostały wybrane? Lektor lub psałterzysta mogą prosić o błogosławieństwo jeśli nawet nie przez wzgląd na nich samych, to przez wzgląd na wszystkich tych, którzy przyszli usłyszeć Słowo w Jego niezmienionej Postaci. Warto prosić o wstawiennictwo i opiekę Maryję – Matkę Kościoła. Jedno, co wiem z własnego doświadczenia: całkowite oddanie się Bogu w trakcie wykonywania posługi zmniejsza stres, który jest rzeczą naturalną. Sam św. Paweł w kontekście głoszenia Ewangelii pisze: Świadom jestem ciążącego na mnie obowiązku (1 Kor 9,16a).

Wyżej napisałem, iż istotne jest nieprzecenianie swojej roli w Zgromadzeniu Liturgicznym. Skąd w takim razie potrzeba aż tak rozbudowanej modlitwy przed tym, by użyć nomenklatury sprzed kilku akapitów, rodzajem wystąpienia publicznego? Warto zastanowić się nad tym, czego właściwie podejmujemy się, czytając lub śpiewając podczas Liturgii. Niewielu z nas zdaje sobie sprawę z tego, jak łatwo jest zgrzeszyć podczas wykonywania jakiejkolwiek posługi. Naturalnym uczuciem w trakcie i po dobrze spełnionym zadaniu jest duma. W wypadku posługi podczas Eucharystii bardzo łatwo jest przekroczyć granicę  między dumą a pychą. Podczas czytań lub psalmów czasami słychać w głosie wielu z nas pewien rodzaj poczucia wyższości. Należy zapytać czy pełni takich uczuć mamy prawo po wykonanej posłudze powiedzieć ludowi, że oto przedstawiliśmy im Słowo Boże? Czy w obliczu największego uniżenia, jakiemu poddał się Chrystus, by wywyższyć rodzaj ludzki do godności Dzieci Bożych, mamy prawo dodatkowo wywyższać się między sobą? Odpowiednie przygotowanie się podczas kolekty chroni nas przed złem, które przez pychę możemy wyrządzić uczestnikom Eucharystii i sobie samym.

Św. Jan Apostoł w swoim Liście zwraca uwagę na jedną istotną rzecz: Popatrzcie. jaką miłością obdarzył nas Ojciec: zostaliśmy nazwani Dziećmi Bożymi i rzeczywiście nimi jesteśmy (1 J 3,1a). Uczestniczący w Eucharystii nie mogą zapomnieć o tej ważnej prawdzie. Tym bardziej zaś szczególny wymiar powinna mieć ona dla tych wszystkich, którzy podejmują się służby przy ołtarzu. Nas bowiem, jak wierzymy, powołał spośród swoich Dzieci Pan Bóg do tego, byśmy czytali publicznie Jego Słowo.

Co ważne, czytamy w Piśmie Świętym nie tylko tzw. ostatni rozkaz: Idźcie na cały świat i głoście Ewangelię wszelkiemu stworzeniu! (Mk 16,15), ale także zapisane w kilka lat później słowa tego, który do końca życia opowiadał o Chrystusie, będąc wierny powyższemu rozkazowi: Biada mi, gdybym nie głosił Ewangelii! (1 Kor 9,16b). Rozważenie tych wersetów może obudzić w nas wdzięczność Bogu za ogromną łaskę, której dostępujemy. Bo jest to łaska, której nikt z nas nie potrafiłby sobie wymodlić (Nie wyście Mnie wybrali, ale Ja was wybrałem - J 15,16a). Zatem możemy bez fałszywej skromności przyznać, że zostaliśmy powołani do pięknej, godnej, choć często ciężkiej służby.

Pismo Święte, szczególnie Księga Psalmów, aż kipi od fragmentów, które mogą dla każdego z nas stać się osobistym aktem strzelistym. Przykłady? Stawiam sobie zawsze Pana przed oczy, nie zachwieję się, bo On jest po mojej prawicy (Ps 16,8); Otwórz moje wargi, Panie, a usta moje będą głosić Twoją chwałę (Ps 51,17); to ledwie dwa przykłady z całego mnóstwa. Może warto zainwestować chwilę takiej modlitwy, właśnie w trakcie kolekty, dla ubogacenia swojego uczestnictwa w Eucharystii?

STRONA GŁÓWNA REKOLEKCJI: [ PRZEJDŹ ]
1. ZNAK KRZYŻA [ PRZEJDŹ ]
3. EWANGELIA [ PRZEJDŹ ]
4. AKT POKORY [ PRZEJDŹ ]
5. DZIĘKCZYNIENIE [ PRZEJDŹ ]
6. ROZESŁANIE [ PRZEJDŹ ]

 

Wielkopostne rozważania publikujemy co 6 dni, począwszy od 1 marca. Ich autor - Tomasz Adamski - jest studentem italianistyki UŚ i animatorem Liturgicznej Służby Ołtarza. Od początku 2009 roku pełni posługę ceremoniarza w parafii Podwyższenia Krzyża św. i św. Herberta w Katowicach - Os. Witosa; entuzjasta liturgii, szczególnie Wielkiego Postu. Prywatnie miłośnik dobrej literatury, muzyki gitarowej i męskich sportów.

 
<< pierwsza < poprzednia 1 2 następna > ostatnia >>

Strona 1 z 2